Rodzice mieli prawo odmówić szczepienia dziecka w pierwszej dobie po narodzinach – uznał Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Północ

Źródło: Nasz Dziennik

Szpital nie miał racji

Rodzice mieli prawo odmówić szczepienia dziecka w pierwszej dobie po narodzinach – uznał Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi-Północ i przypomniał rozporządzenie ministra zdrowia, że szczepionka może być podana do 19. roku życia.

Sprawa, która toczyła się przed warszawskim sądem, dotyczyła odmowy zaszczepienia dziecka w pierwszej dobie jego życia.

– Wyrok nas cieszy. To, co przeszliśmy przez te trzy miesiące, to był koszmar. Żyliśmy cały czas w obawie, że odbiorą nam naszą córeczkę – mówią rodzice.

Małżeństwo Beatę i Artura B. podał do sądu Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny im. Prof. Orłowskiego w Warszawie, wnioskując o ograniczenie władzy rodzicielskiej nad dzieckiem. Rodzice nie wyrazili zgody na podanie dziecku szczepionki w pierwszej dobie po porodzie. W tym czasie szpital chciał podać szczepionkę przeciwko gruźlicy i pierwszą dawkę szczepienia przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B. Zdaniem personelu, decyzja rodziców naraziła dobro dziecka.

– Nie chcieliśmy szczepić naszej córeczki w pierwszej dobie, nie mając wiedzy o stanie jej zdrowia. Nasze dziecko urodziło się jako wcześniak, w czasie porodu podano mi antybiotyk i sterydy, a to dodatkowo osłabia organizm takiego maluszka. A nikt z personelu szpitala nie poinformował mnie o stanie zdrowia naszej córeczki – dlatego powiedziałam, że rezygnuję ze szczepienia w pierwszej dobie życia dziecka, deklarując, że zrobię to później, gdy dziecko zostanie zbadane przez specjalistów – relacjonuje pani Beata. – Obawiałam się reakcji poszczepiennych. Poza tym sam producent szczepionki informuje w ulotce, że osłabiona odporność dziecka jest bezwzględnym przeciwwskazaniem do szczepienia. A przecież takich badań w ogóle w szpitalu się nie przeprowadza – mówi kobieta.

Żądanie niezgodne z prawem

Szpital w sporządzonym do sądu wniosku utrzymywał, że pacjentka była wielokrotnie informowana na temat szczepionek.

– Podano mi do podpisania dokument potwierdzający, że odmawiam szczepienia dziecka i że udzielono mi wszelkich informacji związanych ze szczepieniami. To nie była prawda. Napisałam więc oświadczenie, że dziecko zaszczepię, ale po wyjściu ze szpitala. Zadałam też pisemnie szczegółowe pytania dotyczące obowiązkowych szczepionek. Wtedy poinformowano mnie, że jest ich dużo, są szczegółowe, więc będę musiała na nie zaczekać. I że dopóki nie dostanę odpowiedzi na te pytania, nie mogę opuścić placówki. Co było – jak potwierdził w rozmowie ze mną rzecznik praw pacjenta – niezgodne z prawem. Do dziś zresztą tych odpowiedzi nie mam – podkreśla nasza rozmówczyni.

– Nie jesteśmy definitywnymi przeciwnikami szczepień. Obawialiśmy się jedynie, jak zareaguje na nie nasza córeczka! Przecież można było tę sprawę załatwić inaczej, łagodniej, nie kierując od razu wniosku do sądu. Osobiście odbieramy to jako policzek, jako pokazanie nie tylko nam, ale też innym pacjentom, że nie mają prawa głosu – mówi wzburzona pani Beata.


Wywiad Stowarzyszenia STOP NOP z matką noworodka:

– Jak to się zaczęło? Kiedy i w jakim szpitalu urodziło się dziecko? Jak lekarz zareagował na Waszą decyzję dotyczącą szczepień?
– Dziecko urodziłam 16.06.2017 w 34 tygodniu ciąży w szpitalu im Orłowskiego przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie. Po porodzie nie wyraziłam zgody na szczepienie dziecka. Tego samego dnia dano mi do podpisania oświadczenie zawierające sformułowania, że nie wyrażam zgody na wykonanie obowiązkowego szczepienia oraz, że zostały mi przekazane wszelkie informacje na temat tych szczepień. Odmówiłam podpisania tego dokumentu. Byłoby to poświadczenie nieprawdy, bo wbrew jego treści nie otrzymałam żadnych informacji. Poza tym zaznaczyłam, że chcę zaszczepić po wyjściu ze szpitala. Lekarz, który ze mną rozmawiał oświadczył, że nawet jeśli my rodzice, nie podpiszemy oświadczenia, to wypełnią i podpiszą je w naszym imieniu pracownicy szpitala i wyślą do Sanepidu. Obawiając się tego, naniosłam poprawki na ww dokument i taki oddałam. Poprosiłam jednocześnie o potwierdzenie odbioru mojego oświadczenia. Lekarz mnie zbył. Prosiłam kilkakrotnie, nie otrzymałam potwierdzenia.
 – To łamanie prawa do świadomej zgody na wykonanie zabiegu medycznego u dziecka… Jak dalej rozwijała się sprawa?
– Następnie przyszła do mnie pani ordynator oddziału neonatologii (nie zważając, że akurat karmię piersią) deklarując, że odpowie na moje pytania dotyczące szczepień. Powiedziałam, że liczba moich pytań i wątpliwości na temat szczepień są zbyt duża, aby wyjaśnić je w czasie krótkiej rozmowy i że wolę je złożyć na piśmie. Opracowanie pytań zajęło nam kilka dni. Pani ordynator stwierdziła, że szpital postara się odpowiedzieć na wszystkie moje pytania, ale do tego czasu muszę pozostać z dzieckiem na oddziale (nawet jeśli trwałoby to wiele dni lub tygodni), bo szpital nie może wypuścić do domu pacjenta, który nie otrzymał informacji nt. zabiegu.
– Czy rozważaliście wypisanie się na żądanie? 
– W razie wypisu na żądanie z dzieckiem z żółtaczką (dziecko miało jeszcze podwyższoną bilirubinę) zagroziła, że zgłosi nas do sądu rodzinnego. Ta rozmowa miała miejsce na sali, na której leżałam z innymi pacjentkami – pani ordynator publicznie omawiała moją sprawę, podnosząc na mnie głos – była wtedy mocno zirytowana. Zadzwoniłam do Rzecznika Praw Pacjenta, który potwierdził, że nie ma żadnej podstawy prawnej do przetrzymywania mnie w szpitalu w oczekiwaniu na udzielenie informacji. Przeczekałam aż dziecko będzie zupełnie zdrowe i sami nas wypiszą.
 – I w efekcie szpital powiadomił sąd…
Wniosek do sądu rodzinnego odbieram jako zemstę lub złośliwość za to, że wielokrotnie w czasie pobytu w szpitalu kwestionowałam poczynania ordynator i personelu w stosunku do mnie jako niezgodne z prawem. Zapewne zdenerwowała ich też długa lista pytań oraz konieczność odpowiedzi na nie. Zabawne było to, że w dniu mojego wypisu ordynator przyszła do mnie z szerokim i (pozornie) serdecznym uśmiechem powiedziała, że po konsultacji z działem prawnym dowiedziała się, że rzeczywiście nie może wstrzymywać naszego wypisu. Zapewniła te, że szpital nie wysyła oświadczeń o nieszczepieniu do Sanepidu. Stwierdzenia sprzeczne z tym co słyszałam przez cały pobyt w szpitalu. Niestety nie miała odwagi podpisać się pod wnioskiem do sądu. Podpisał się pod nim dyrektor szpitala – ale być może taka jest procedura.
 – Jakie przesłanki kierowały szpitalem kierującym wniosek do sądu? Jakie zarzuty do pracy medyków macie Wy jako rodzice nowo narodzonego dziecka? 
Zarzut sformułowany we wniosku do sądu jest dla mnie absurdalny, bo nie wiem na jakiej podstawie szpital podejrzewa, że nigdy nie zaszczepimy dziecka oraz że zagrażamy jego zdrowiu i życiu.
Natomiast my możemy wskazać wiele naruszeń procedur medycznych po stronie szpitala:
– Przed porodem w szpitalu otrzymałam antybiotyk, tym samym otrzymało go moje dziecko. Producent szczepionki BCG jako przeciwwskazanie do szczepienia podaje niedobory odporności (a to spodziewane następstwo antybiotykoterapii).
– Brak badania kwalifikacyjnego do szczepienia, tym samym brak zaświadczenia o przeprowadzeniu takiego badania – do czego zobowiązuje lekarza ustawa.
– Wymuszenie podpisania oświadczenia o odmowie szczepienia, które nie ma umocowania w żadnej podstawie prawnej.
– Nie udzielenie informacji na temat zabiegu medycznego (szczepienie), co jest konieczne do udzielenia przez pacjenta świadomej zgody na zabieg.
– Zastraszanie i groźby wobec mnie ze strony pani ordynator, nawet w obecności innych pacjentów.

Dziękujemy za rozmowę.

Protest pod sądem w obronie rodziny: zdjęcia i video

Relacja video spod sądu cz. 1

Relacja video spod sądu cz. 2

Transmisja na FB. cz I 

Transmisja na FB cz. II

Transmisja na FB cz. III

Transmisja na FB cz. IV

Na stronie Stop NOP znajdziecie zdjęcia z protestu pod sądem, zapraszam do obejrzenia.


Mój komentarz w tej sprawie – Maria Sobolewska (astromaria):

Szpitale są podmiotami gospodarczymi świadczącymi usługi i muszą być rentowne. Nierentowne szpitale są zamykane, a lekarze zwalniani. Takie są prawa rynku obowiązujące wszystkich, którzy na nim działają. Czy urynkowienie służby zdrowia jest moralnie dopuszczalne to temat na osobną dyskusję, powiem tylko tyle, że zdrowi ludzie nie potrzebują ani lekarzy ani szpitali, a to oznacza, że lekarze nic na nich nie zarobią, a szpitale zbankrutują. Żeby zarabiać lekarze potrzebują chorych. Jak najwięcej chorych, bo im ich więcej tym lepiej biznes się kręci i obficiej sypie się kasa. Żeby się biznes kręcił zdrowych ludzi trzeba przerabiać na chorych, po czym ich długo i nieskutecznie leczyć, ale nigdy nie wyleczyć, bo pacjent wyleczony to klient stracony. Resztę przemyślcie sobie sami.

Za dalszą część komentarza nich posłuży cytat z mojej strony o szczepieniach:

Rodzicu, dlaczego boisz się lekarza pediatry?

Dlaczego pozwalasz się zastraszać i terroryzować pracownikowi najemnemu, którego zatrudniasz i który jest twoim podwładnym?

Lekarz jest jedynie konsultantem i doradcą, czyli jest pracownikiem zatrudnionym i opłacanym przez rodzica, a więc jest jego PODWŁADNYM. Lekarz przedstawia rodzicowi swoją ofertę biznesową, w tym przypadku sprzedaży i wykonania szczepień, którą rodzic może zaakceptować lub odrzucić. Osoba oferująca dowolną usługę nie posiada żadnej władzy nad nabywcą usługi! Oferentowi nie przysługuje prawo do zmuszania nabywcy do jej przyjęcia ani tym bardziej do szantażowania go i terroryzowania w przypadku odmowy. Straszenie jakimś Bardzo Groźnym Urzędem (sanepidem), grzywnami, policją, sądem i pozbawieniem praw rodzicielskich w przypadku odrzucenia oferty biznesowej jest poważnym przestępstwem i dlatego, jeśli coś takiego ci się zdarzy, to ty (a nie lekarz) powinieneś wezwać policję do gabinetu i złożyć doniesienie do prokuratury.

Czy prywatne firmy, których jedynym celem jest wypracowywanie wielkich zysków mają prawo zmuszać terrorem konsumentów do nabywania ich wyrobów, np. samochodów? Jeśli każą ci zapłacić grzywnę za nieszczepienie to jest to takie samo bezprawie, jakby kazali ci zapłacić grzywnę za niekupienie lodówki. Nieposiadanie lodówki też można uznać za potencjalne zagrożenie dla zdrowia publicznego – jeśli zjesz nieświeże to dostaniesz biegunki, zwanej dziś naukowo „zakażeniem przez rotawirusy” lub „salmonellozą” i możesz zarazić tym innych. Dlatego ktoś może chcieć zmusić cię do kupienia lodówki, odkurzacza, Domestosu lub czegokolwiek co pomoże zachować higienę i żądać grzywien za niestosowanie się do tego nakazu.

Niszczenie zdrowia naszych dzieci wszczepianiem bakterii, wirusów i toksyn takich jak rtęć, aluminium formaldehyd itp. to złoty interes dla „rynku zdrowia”. Zamieniając zdrowe dzieci na przewlekle chore tworzy się potężny rynek usług medycznych, leków, zabiegów, sprzętu rehabilitacyjnego itp. Szczepienia to kura znosząca złote jaja dla wszystkich związanych z farmacją i usługami medycznymi!
Reklamy

Szczepionkowy terror w Polsce. Zobacz kto i jak decyduje o szczepieniach dla dzieci…NASZ WYWIAD z biotechnologiem Matyldą Szalaty

Źródło: polskaniepodległa.pl

Decyzje o tym, na co szczepione są nasze dzieci, mają charakter administracyjny i są podejmowane nie przez jakichś wybitnych specjalistów, lekarzy, ale przez urzędników NFZ! Nie będzie też pewnie dla nikogo zaskoczeniem, że ludzie ci mają rozległe kontakty z przedstawicielami koncernów farmaceutycznych. Inną rzeczą, która powinna skłonić nas, rodziców, do myślenia, jest fakt, że w latach 80. i 90. dzieci do drugiego roku życia otrzymywały jedynie 10 szczepionek, a obecnie aż 30! Nie można pominąć faktu, że w Polsce szczepi się na gruźlicę, a stopień zachorowalności na nią jest taki sam jak w USA i Francji, gdzie szczepienia te są dawno zniesione – mówi Matylda Szalaty, biotechnolog, były pracownik PAN w rozmowie z Robertem Witem Wyrostkiewiczem.

Skąd burza wokół szczepień? Podobno dzieci niezaszczepione są dyskryminowane przez państwo… To prawda?

Dzieci niezaszczepione są dyskryminowane. W ostatnich latach temat szczepień w naszym kraju stał się głośny właśnie z powodu ograniczeń, jakie zaczęły wprowadzać niektóre samorządy w przyjmowaniu dzieci do żłobków i przedszkoli; odmawiano zapisywania dzieci nieszczepionych! Spowodowało to, że media masowo zaczęły nawoływać do szczepień i piętnować suwerenne decyzje rodziców. Okazało się, że rodzice w Polsce nie mają prawa decydować o zdrowiu własnych dzieci! W mojej opinii obowiązek szczepienia w Polsce jest pogwałceniem wolności. W naszym kraju bardzo lubimy się odwoływać do wzorców zachodnich, aspirujemy do standardów krajów, takich jak: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja itd., a sami realizujemy wzorce krajów takich krajów jak Rumunia czy Bułgaria…

Rodzice muszą, ale chyba zazwyczaj też chcą szczepić dzieci. Nie jest tak?

Wobec rodziców stosuje się terror emocjonalny. Mówi się im coś w stylu: nie zaszczepisz, ryzykujesz zdrowiem i życiem swojego dziecka, przyczyniasz się do szerzenia chorób zakaźnych. Ten przekaz jest właśnie taki, chociaż ubrany czasami w bardziej eleganckie słowa. Niestety, ale do niedawna świadomość rodziców w Polsce była na etapie kamienia łupanego. Jedyna dostępna wiedza o szczepieniach pochodziła od lekarzy i pielęgniarek, którzy swoją przygodę z immunologią, czyli nauką o układzie odpornościowym, zakończyli na trzecim roku studiów. Obecnie, w dobie dostępu do internetu, mamy możliwość zweryfikowania pewnych utartych i betonowych poglądów. Nawet internet powie nam często więcej niż straszące rodziców kolorowe plakaty z chorymi dziećmi porozwieszane w placówkach służby zdrowia i agitujące na korzyść biznesu szczepionkowego, bo to przecież także ogromny biznes. Dlatego uważam przymus szczepień za skandaliczny w kraju, który szczyci się ideałami wolnościowymi.

Co powinno budzić największe obawy?

Po pierwsze, przerażające jest to, że szczepi się noworodki, a nawet wcześniaki. Obawy budzi więc obowiązek szczepień w pierwszej dobie życia. Ten system przymusu szczepionkowego dla noworodka w pierwszym dniu po urodzeniu jest obecnie realizowany jedynie w Polsce, Bułgarii i Rumunii! Jest to odbieranie szans dzieciom mającym np. wady genetyczne, upośledzenia odporności, których lekarze nie są w stanie rozpoznać w pierwszej dobie życia. Co więcej, w Polsce szczepimy również wcześniaki, których system odpornościowy jest bardzo niedojrzały. Dla wielu specjalistów niezwiązanych z przemysłem szczepionkowym to skandal.

Czyli chodzi o przymus szczepień dla noworodków i szczepienia wcześniaków. Co jeszcze?

Obawy musi budzić skład szczepionek. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy ktokolwiek z rodziców został poinformowany przez pediatrę, że w składzie szczepionek znajdują się: rtęć, aluminium, konserwanty i antybiotyki? Czy lekarz powiedział nam, że dawka rtęci w szczepionce, którą podajemy nowo narodzonemu dziecku, dwukrotnie przekracza normę dla dorosłego człowieka? To jest po prostu fakt, że rtęć i aluminium są dla człowieka substancjami silnie toksycznymi i trującymi. Lekarze wiedzą, że noworodki nie mają wykształconej bariery krew-mózg, dlaczego więc w pierwszej dobie życia rodzice mają przyzwalać na podawanie dzieciom tych substancji, które przenikną do ich mózgów? To coś przerażającego… I chyba przymus szczepień w Polsce istnieje dzięki pielęgnowaniu tej niewiedzy wśród rodziców.

O czym jeszcze powinniśmy wiedzieć i czego jeszcze się obawiać?

Mówiąc o zagrożeniach związanych ze szczepionkami, trzeba powiedzieć o kalendarzu szczepień. Większość z nas żyje w głębokim przekonaniu, że kalendarz szczepień w naszym kraju jest opracowywany przez lekarzy klinicystów, wybitnych specjalistów w dziedzinie wakcynologii. Niestety, rzeczywistość jest smutna i brutalna, bo decyzje o tym, na co szczepione są nasze dzieci, mają charakter administracyjny i są podejmowane nie przez jakichś wybitnych specjalistów, lekarzy, ale przez urzędników NFZ! Nie będzie też pewnie dla nikogo zaskoczeniem, że ludzie ci mają rozległe kontakty z przedstawicielami koncernów farmaceutycznych. Od czasu do czasu po cichu pojawiają się informacje, że jakaś szczepionka była wadliwa, przeterminowana, niszowe portale podają jej serię i numer, natomiast nikt z sanepidu czy NFZ NIE FATYGUJE SIĘ, BY POINFORMOWAĆ RODZICÓW. Inną rzeczą, która powinna skłonić nas, rodziców, do myślenia, jest fakt, że w latach 80. i 90. dzieci do drugiego roku życia otrzymywały jedynie 10 szczepionek, a obecnie jest ich aż 30! Nie można pominąć faktu, że w Polsce szczepi się na gruźlicę, a stopień zachorowalności na nią jest taki sam jak w USA i Francji, gdzie szczepienia te są dawno zniesione, a społeczeństwa i napływ imigrantów znacznie większy.

Co mogą powodować szczepienia i czy można pokusić się o listę bezpiecznych szczepień?

Co mogą powodować szczepienia? To bardzo dobre pytanie, które powinien zadać sobie każdy rodzic, zanim podda temu zabiegowi swoje dziecko. Mało który rodzic zdaje sobie sprawę z istnienia NOP – niepożądanego odczynu poszczepiennego. NOP to każde zaburzenie stanu zdrowia, jakie występuje po szczepieniu. Może ono być wynikiem indywidualnej reakcji organizmu człowieka szczepionego na podanie szczepionki; błędu podania szczepionki, złej jej jakości bądź zjawisk od szczepienia niezależnych, a tylko przypadkowo pojawiających się po szczepieniu. NOP może mieć charakter miejscowy (zaczerwienienie, obrzęk), neurologiczny (drgawki, zapalenie mózgu, zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych) lub inny, jak: bóle stawowe, wstrząs anafilaktyczny, który występuje natychmiast po podaniu szczepionki, gorączka powyżej 39 C, obniżone napięcie mięśniowe, nieutulony ciągły płacz utrzymujący się powyżej trzech godzin lub krzyk o znacznym nasileniu i wysokim tonie, pojawiający się przeważnie 6–18 godzin po szczepieniu… Lekarze szczepiący nasze dzieci często nie wspominają o tym albo mówią, że są to odosobnione przypadki. Jednak tych ciężkich przypadków jest coraz więcej i coraz więcej rodziców zaczyna zgłaszać NOP, jednak trzeba podkreślić, że od czasu do czasu lekarze, pielęgniarki, psychiatrzy dziecięcy mówią rodzicom, chociaż zazwyczaj po cichu… że szczepionki mogą być niebezpieczne i powodować nieodwracalne powikłania. Tacy specjaliści są w zdecydowanej mniejszości, a ci, którzy odważą się to zrobić głośno, ciągani są po sądach, zwalniani z pracy, a przez media przedstawiani jako szarlatani.

Dużo jest tych zgłoszeń?

Problemem jest to, że lekarze nie chcą uznawać ani zgłaszać tych przypadków do sanepidu i często ich nie przyjmują, bagatelizują, klasyfikują zaistniałe powikłania poszczepienne jako zbieg okoliczności, nawet jeśli przytrafia się to kilkorgu dzieciom jednocześnie. Interesujący jest fakt, że w kraju, w którym wyszczepialność jest bardzo wysoka, bo wynosi ponad 98 proc., zgłaszanych jest jedynie 0,02 proc. niepożądanych odczynów poszczepiennych… Znamy historie rodziców, którzy po zgłoszeniu NOP próbowali się dowiedzieć, czy przypadek ich dziecka został odnotowany, i usłyszeli w stacji sanepidu, że rodzice nie są włączeni w procedurę zgłaszania NOP. Czyli rodzic nie ma znowu żadnego prawa… Nasz wysoko aspirujący kraj nie ma też jako jeden z niewielu funduszu odszkodowawczego dla dzieci, które ucierpiały z powodu NOP.

A politycy, ustawy, rozporządzenia… nikt, nic…? Podobno miała być „dobra zmiana”…

Ostatnio w polskim Sejmie odbyła się debata o obowiązku szczepień w Polsce, która na wszelki wypadek nie została wspomniana w żadnej telewizji ani stacji radiowej. Podczas tej debaty wypowiadali się lekarze praktycy, m.in. neurolog dziecięcy z 20-letnią praktyką, opowiadali o dzieciach, które rodzą się bez obciążeń, dostają 10 punktów w skali Apgar, a po szczepieniach mają obniżone napięcie mięśniowe czy zaczynają cofać się w rozwoju. Wspominali też o szczepionkach acelularnych stosowanych na Zachodzie, które nie zawierają rtęci i aluminium, ale niestety dla polskich dzieci są one za drogie. Pod tym względem Polska jest wzorowym krajem, jedynym krajem, w którym szczepionki się nie marnują, bo jeśli kończy się termin przydatności, to zamiast sześciolatków szczepione są czterolatki! O naszej gospodarności został nawet stworzony film instruktażowy dla innych krajów! Warto wspomnieć, że podczas tej dyskusji nikt z NFZ czy PIH nie był w stanie przytoczyć żadnych badań czy faktów popierających ich tezy. Czy pokusiłabym się o listę bezpiecznych szczepionek? No cóż: nie. Biorąc pod uwagę, że badania nad bezpieczeństwem szczepionek sprowadzają się do tego, że grupie kontrolnej podaje się nie wodę ani sól fizjologiczną (placebo), tylko cały ten koktajl rtęci, konserwantów, aluminium i antybiotyków, bez drobnoustrojów, przeciw którym szczepimy, to bardzo wątpię w rzetelność oceny tego bezpieczeństwa. Myślę, że kwintesencją tego może być historia, która wydarzyła się podczas konferencji prasowej jednego z koncernów produkującego szczepionki, gdy do prelegenta podszedł rodzic z sali trzymający w ręku strzykawkę ze szczepionką i zapytał go: „Czy skoro proponowany przez pana produkt jest tak bezpieczny, to czy da się pan zaszczepić?”. Jak można się domyślić, kategorycznie odmówił – uwaga, dorosły człowiek!

A gdyby zrezygnować ze szczepień, czy nie powinniśmy się bać powrotu epidemii chorób zakaźnych?

Kilka lat temu mieliśmy niesamowity spektakl medialny pt. lament nad epidemią odry w Polsce. Wypowiadali się specjaliści o powrocie groźnej choroby zakaźnej skutkującej powikłaniami z zapaleniem mózgu włącznie. Albo ostatnio, jeszcze lepszy przykład, media alarmowały o polio, które pojawiło się na Ukrainie. No, ale te same media nie powiedziały już, że w pierwszym przypadku epidemia odry dotyczyła 60 dzieci romskich, które nie zawsze są dobrze odżywione i nie zawsze przestrzegają zasad higieny, a co do Ukrainy, to tylko media zagraniczne podały, żeby było to polio poszczepienne! Dla jasności: po zaszczepieniu przez sześć tygodni w kale obecne są żywe wirusy. Na pewno też mało kto słyszał, że pewna firma zapłaciła karę, bo przez przypadek w Belgii do rzeki wylało się kilka litrów roztworu z wirusem polio i nie była to pierwsza tego typu historia, która przydarzyła się temu koncernowi. Dlatego mając na uwadze warunki, w jakich żyjemy, sposób odżywiania, nie boję się, że choroby zakaźne powrócą. Pamiętamy też, że ludzie kiedyś chorowali na odrę czy świnkę i nie umierali z powodu tych chorób. Uważam też, że zastraszanie powikłaniami występującymi po chorobach jest nie na miejscu, gdyż lekarze klinicyści mówią, że występują one równie często u tych, którzy byli zaszczepieni. Nie mówi się o fakcie, że szczepienie nie zabezpiecza przed zachorowaniem na daną chorobę, a jedynie powoduje wytworzenie przeciwciał we krwi przeciw danej chorobie, które nie gwarantują, że na nią nie zachorujemy. Najlepszym przykładem jest to, że dzieci szczepione na ospę wietrzną i tak w większości przypadków na nią chorują.

To jednak w dalszym ciągu trudna decyzja dla rodziców… A Ty zaszczepiłaś swoje dzieci?

Jestem mamą dwóch chłopców. Starszy ma 11 lat, a młodszy dwa. Swojego starszego syna urodziłam w trakcie studiów i były to czasy, kiedy bardzo wierzyłam lekarzom i przemysłowi farmaceutycznemu. By być jak najlepszą mamą, chciałam zabezpieczyć dziecko przeciw wszystkim możliwym chorobom, tak więc szczepiłam synka szczepionką skojarzoną 5 w 1. Nie doświadczyliśmy żadnych objawów niepożądanych, ale mój synek cierpiał na skazę białkową, miał atopową skórę, a w wieku siedmiu miesięcy dostał pierwszy antybiotyk. Leki na alergię przyjmował regularnie od szóstego miesiąca życia. Wtedy nie podejrzewałam, że to może mieć coś wspólnego ze szczepieniami, a gdy słyszałam o ludziach, którzy nie szczepią swoich dzieci, miałam ochotę krzyczeć: co za ciemnogród! Przez osiem kolejnych lat moja wiara w szczepionki i cała tę propagandę malała. Sama zaczęłam mieć problemy z alergią pokarmową i wziewną i ciągle cierpiałam z powodu licznych chorób przewlekłych układu oddechowego. Mnie akurat pomogły nie leki, a zmiana diety i właśnie odstawienie leków. Gdy byłam w drugiej ciąży, odwiedziła mnie koleżanka, mama dwójki nieszczepionych dzieci. Przy herbacie zaczęłyśmy dyskutować, dlaczego ona tego nie zrobiła. Jako prawniczka w bardzo rzeczowy sposób wypunktowała mi kwestie związane ze składem szczepionek, zagrożeniem ze strony chorób zakaźnych, częstością występowania autyzmu, alergii i innych schorzeń w porównaniu z liczbą wykonywanych szczepień. Jednak najbardziej przekonującym argumentem było to, że jej dzieci poza katarem nie mają poważniejszych chorób, żadnych alergii. To była bardzo długa rozmowa, bo trwała chyba przez cały weekend. Trochę było mi wstyd, że ja, biotechnolog, mam raczkującą wiedzę na temat układu odpornościowego. Przerażająca była także konfrontacja z lekarzami, którzy na studiach mają tego jeszcze mniej, a na studiowanie najnowszych badań nie mają zbyt wiele czasu. Co więcej, wiarygodność wielu publikacji pozostaje wątpliwa, bo badania są sponsorowane przez koncerny farmaceutyczne. Ale wracając do meritum, po długiej wewnętrznej walce drugiego dziecka nie zaszczepiłam! Dziecko nie choruje, nie ma alergii, bawi się z innymi dziećmi, chodzi do przedszkola, ma kontakt ze starszym bratem, który chodzi do szkoły, i nie mamy w domu festiwalu infekcji. Syn skończył dwa lata i nie brał antybiotyku, a domowa medycyna w zupełności wystarcza na katarki. Uważam, że to była świetna decyzja, pomimo że nie dostaliśmy bilansu dwulatka i za każdym razem jesteśmy przekonywani o konieczności zaszczepienia. Niesamowite są panie w przychodniach, które mówią, żeby koniecznie skorzystać ze szczepienia na pneumokoki czy meningokoki, bo miasto za nie płaci. Pytam wtedy taką panią, czy ona wie, że w swojej naturalnej florze bakteryjnej ma zarówno pneumo-, jak i meningokoki? I czy wie, że jak wyeliminuje te bakterie, to zburzy naturalny balans, a natura nieznosząca pustki wstawi tam zapewne coś nowego, zmutowanego, być może odpornego na antybiotyki? Pytam więc, po co psuć? Najczęściej nie dostaję żadnej odpowiedzi. Jeszcze więcej emocji, zwłaszcza wśród lekarzy, budzi pytanie o to, jak długo ważne są szczepienia, tzn. jak długo we krwi utrzymuje się poziom przeciwciał. To jest 10 lat, tak więc my wszyscy wyszczepieni dorośli niczym się nie różnimy od tych nieszczepionych dzieci! Zastanawiać się można, więc po co to wszystko, po co ta cała demagogia, o co chodzi? Chodzi o zapewnienie klientów dla przemysłu farmaceutycznego, czyli o pieniądze. Zacytuję mocne zdanie z wypowiedzi z sejmowej debaty o szczepieniach: „Zwalczyliśmy choroby zakaźne, ale mamy lawinę chorób przewlekłych i tsunami alergii”. Chorujące dzieci to w przyszłości dorośli ze schorzeniami skóry, dróg oddechowych itd., którzy będą potrzebować leków. Jako podsumowanie tego, co powiedziałam, chciałabym przytoczyć przykład szczepionki przeciw HPV, mającej zabezpieczać przeciwko rakowi szyjki macicy. Szczepionka ta wywołuje tak wiele powikłań z drgawkami, padaczką, zaburzeniami snu i koncentracji włącznie, że w Danii, Belgii, Niemczech otwierane są ośrodki dla dziewczynek, które ucierpiały z powodu jej podania. W Polsce został nawet pokazany w publicznej telewizji reportaż na ten temat, ale szczepionka ta została również włączona do obowiązkowego kalendarza szczepień…

Matylda Szalaty – biotechnolog, były pracownik Polskiej Akademii Nauk, funkcjonariusz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i przede wszystkim matka dwójki dzieci.